Sto lat temu... i jeden dzień.
„Sto lat temu i jeden dzień. Dokładnie wtedy urodził się tym w miejscu, gdzie jest dziś Barbakan, Papcio Chmiel” - Taki tekst wpadł do uszu Goshy, kiedy czekała na znajomych. Jakiś ojciec, lat na oko trzydzieści plus, uraczył nim swojego syna. Chłopiec wyglądał jeszcze na tyle dziecinnie, że pewnie tych słów mężczyzny jakoś na dłużej nie odnotuje w pamięci. I może nawet nie koniecznie zna „Przygody Tytusa, Romka i Atomka”? A może to ona tak interpretując zastaną sytuację się myli? A ojciec już zdążył przedstawić swojemu dziecku z dumą bohaterów, których przygody sam (możliwe, że z wypiekami na twarzy) śledził w dzieciństwie?
Czasem miło jest czekając, tak zwyczajnie posłuchać co tam w tłumie mówią ludzie. Do siebie i sobie nawzajem. Zamiast zerkać na telefon i wgapiać się w insta świat pełen wspaniałości na pokaz - dać się porwać chwili tu i teraz. Poobserwować twarze, których raczej nigdy w życiu się już nie spotka. Zobaczyć czyjeś emocje nie zza szyby. Być świadkiem, jak ktoś po raz pierwszy odkrywa jakieś miejsce.
Obserwowanie obcych dla Goshy bywało miłe. Może nawet resetujące. Zwłaszcza w przestrzeniach, które dobrze znała i lubiła. Tam, gdzie czuła się w miarę bezpiecznie. Samo czekanie na innych bywało dla niej jednak nerwowe. Odpalała wtedy najczęściej jedną za drugą chmurkę podgrzewanego tytoniu. W tym momencie na szczęście te obserwacje skutecznie odciągały jej uwagę nie tylko od palenia, ale i od spóźniających się znajomych.
Barbakan przez ponad naście lat był dla niej takim dość bezpiecznym miejscem. Blisko wynajmowanego mieszkania oraz ładnych obszarów zieleni. Przychodziła tu będąc już na studiach, stawiając pierwsze kroki w Warszawie. Przychodziła? Raczej przechodziła wracając z uczelni.
Pamięta nawet faceta przebranego za kata, który zagadywał zagranicznych turystów w ich rodzimych językach. Wystarczyło, że usłyszał jakieś zaledwie urywki rozmów przechodzących i już bez problemu diagnozował skąd oni byli i jak należy do nich zagadać. Szczwany lis. Skubany, dzięki tej umiejętności lingwistycznej, czy to szczerej czy pozowanej, był nawet gościem w programie Ewy Drzyzgi. Może nie jest to żaden wyczyn, ale w pierwszej dekadzie lat dwutysięcznych „Rozmowy w Toku” oglądał prawie każdy. Kat ten niestety zmarł dość wcześnie i jakoś tragicznie. Gdzieś w okolicach 2009 roku. Może nawet wcześniej. Szczegółów nie znała. Nigdy nie poznała też jego prawdziwego imienia. Nawet nie była z nim przecież na „Ty”. Czasem człowiek ten był upierdliwy dla miejscowych. Prawie tak, jak Pan Pucybut, który działał w podobnym okresie na ulicy Świętojerskiej, w okolicach dzisiejszej restauracji „Polka”. Lecz pewnego razu, kiedy jacyś obcokrajowcy zaczepiali Gohę dość nachalnie podczas jej wieczornego powrotu do domu, a Kat jeszcze trwał na swojej warcie, to solidarnie i twardo stanął w jej obronie mówiąc „Leave her alone! She’s from here!”.
Cóż, facet w przebraniu kata był w jakiś sposób niebanalną lokalną postacią i w tym temacie dyskusji nie ma. Podobnie jak Czarny Roman i kilka innych osób, o których jeszcze za ich życia w Warszawie krążyły miejskie legendy. O nim też opowiadali sobie miejscowi. Niestety, po śmierci raczej już mało kto go pamięta.
Cóż, Goshy przemknął przez myśl banał. Banał mówiący, że czasy się co prawda zmieniają, ludzie woków się zmieniają, człowiek się starzeje - lecz niektóre mury nadal stoją tymi zmianami jakby niewzruszone i obserwują nową rzeczywistość. I tak jest właśnie tu. Od czasu odbudowy, po dziś. Bo faktycznie, przed Drugą Wojną Światową stała na miejscu dzisiejszego Barbakanu ta kamienica, w której urodził się rzeczony na wstępie Papcio Chmiel.
Odpalając w końcu elektro-dymka, Gosha coraz mocniej uświadamiała sobie, że lubi tę swoją wersję Warszawy. Lubi się tutaj gubić i odnajdywać. Przywoływać historie z przeszłości i ludzi, którzy w różny sposób zostali wplątani w scenariusz jej życia. I nie ma prawdopodobnie w chwili obecnej drugiego tak bliskiego jej sercu skrawka ziemi, jak warszawskie Śródmieście. Są inne miasta, kraje - jasne - jest ta pełna różnorodność. Cały przekrój dostępnych destynacji. Wciąż jeszcze będących możliwe w zasięgu finansów i zdrowia… a jednak ona wrosła akurat tu. I jest jej z tym nadal dobrze..
Równocześnie doskonale wiedziała, że życie w tym miejscu nie jest sielanką. Bywa ono pełne niepowodzeń, trefnych wyborów, zmarnowanych szans (a czasem wręcz ich braku) i ogólnej frustracji. Znała to z resztą z własnych doświadczeń. Z pewnym nadbagażem niepomyślności mniej lub bardziej mierzyła się codziennie.
Przecież, patrząc w miarę obiektywnie, to w tej Warszawie naprawdę nie jest znowu aż tak pięknie, jak może się wydawać. Ba, są miejsca dużo ładniejsze. Gdzie częściej świeci słońce i ludzie są bliżej siebie. Nie w znaczeniu wzrastającego zagęszczenia mieszkańców na metr kwadratowy gruntu. W tej kwestii akurat Miasto Stołeczne na "W" w ostatnich latach rosło w siłę. Niestety, wbrew wszystkiemu to nie zbliżało ludzi. Czasem nawet oddalało. Anonimowy tłum i możliwość wtopienia się w masę obcych to kusząca sprawa i raczej nikt nie chce z tego rezygnować na rzecz grzecznościowych i czasem zabawnych rozmów. Tymczasem ta opcja braku możliwości swobodnego zagadania do obcego człowieka z uśmiechem na ustach tak, by nie wziął Ciebie za wariata albo interesanta… w tym miejscu wydaje się być bardzo mało odpowiednia.
Rosną tu też systematycznie ceny wszystkiego. Od czynszy w wynajmowanych (czy też własnych) mieszkaniach, po spożywkę w Biedrze. Takie czasy galopującej inflacji i slodko-pierdzącej propagandy w TVP. Szkoda gadać. Niestety, jak jeszcze połączymy to z brakiem smykałki do biznesu i niepowodzeniami zawodowymi, jak to było w przypadku Goshy, to już totalnie robi się feler. I nagle budzisz się któregoś dnia i stwierdzasz, że mieszkanie tu ekonomicznie się nie opłaca. Że tu się przepłaca. Lecz wciąż, ciężko jest znaleźć miejsce gdzie indziej. Przecież Gosha tylko w Warszawie czuła szczerze, że jej serce biło jak należy.
Dziewczyna próbowała zmienić miejsce zamieszkania nie raz. I nie jest tak, że tylko tutaj poczuła w życiu szczęście. Przeżywała je też w innych lokalizacjach, o czym mogłoby powstać wiele oddzielnych rozdziałów tej krótkiej historii. Tymczasem zawsze będąc poza miastem, czuła, że na ramieniu siedzi jej jak zła ta tęsknota za Stolicą. Banalna i nieporadna. Może mogłaby żyć gdzie indziej. Owszem. Może kiedyś jeszcze tak narozrabia w swoim życiorysie, że faktycznie jedyną sensowną opcją będzie ewakuacja-emigracja? Jednak dziś, mrużąc oczy w czerwcowym słońcu, nadal czuje miętę do tego zabieganego miasta. I znowu powracała już pewnie w myślach do tego nieżyjącego Papcia Chmiela, który urodził się dokładnie w tym miejscu gdzie ona siedziała te sto jeden lat temu. Pardon, sto jeden lat i jeden dzień temu. Lecz jej znajomi w końcu przyszli.
GoodNight Warsaw
08/06/2023
Komentarze
Prześlij komentarz