Najgorszy z najważniejszych.

 Z urodzinami co jakiś czas mam poważny zgrzyt. Z jednej strony wyczekuję tej północy wieńczącej dzień matki jakoś nadgorliwie. I każda z pierwszych minut następnego dnia jest dla mnie czymś wow. Takim „WOW” na zasadzie „o, przeżyłam kolejny rok życia i jest fajnie”. Z drugiej, zawsze jakoś czuję lekki strach przed spędzeniem tego dnia w samotności.  Mimo, że czasem publicznie twierdzę inaczej, to lubię ludzi. A to rodzi w głowie pewne oczekiwania i przywołuje pewną marę. O niej jednak będzie trochę dalej. 

Wracając jeszcze na moment do tematu samego dnia urodzin. Czy faktycznie to ta minuta po północy 27 maja wróży sukces dociągnięcia do końca kolejnego roku? Odpalając ulubioną muzykę na słuchawkach i zaczynając tak wczesne świętowanie, faktycznie staram się nie pamiętać, że tak naprawdę to urodziłam się tego dnia… ale o ósmej minut dwadzieścia. Wieczorem. Idealnie podczas zachodu słońca. 

O dokładniej godzinie co roku przypomina mi Mama, uparcie dzwoniąc w momencie, kiedy do pewnych rzeczy w jej i moim życiu faktycznie doszło. Co jest bardzo miłe i chciałabym, by trwało jak najdłużej. Za to z Tatą bywa tak, że o tym dniu czasem muszę przypomnieć mu sms-em w stylu „czy o kimś dziś nie zapomniałeś?”.

Dobra tam, bez rodzinnych dygresji i ckliwych historii. Zwyczajnie uważam ten dzień za taki swój własny, prywatny do bólu sylwester w trakcie wiosny. Na szczęście pozbawiony rzępolenia w TVP i wybuchów sztucznych ogni. Za to z możliwym okraszeniem go szałowym połączeniem, jakie można wyciągnąć np. z podłego dość carskoje igristoje z tańszymi niż zimą truskawkami. Lepszym połączeniem bywa whisky i wcześniej zamrożone truskawki, ale nie dla psa kiełbasa, ani dla mnie łycha. Bynajmniej nie w tym roku. Ostatecznie toast wzniosłam piwem i bezalkoholowym softem. 

Przeważnie tego dnia mam w głowie muzykę, radość, jednorożce, tęcze i wszystko to, co tryska synonimami szczęścia m.in. na różnych ilustracjach i kartkach pocztowych. A dodatkowo bywa, że wracając nocą do domu tańczę i śpiewam na ulicy. Rzecz jasna po wcześniejszym rozeznaniu się, że oby napewno nikt tego nie widzi. Ale…

Mam jednak też w trzewiach momentami takiego małego upierdliwego gościa. Nazwijmy go Demonkiem. I ten Demonek bywa, że na wiele lat znika. Rozmywa się tylko po to, by nagle w którymś roku, w urodziny właśnie, wpaść do człowieka niekoniecznie będąc proszonym gościem. 

Uwaga! Trigger warning! Jak chcesz mnie dalej lubić i nie chcesz traumy, to odpuść następne akapity. 

Demonek ten jest małym zgredkiem o wielkim ego. W tym roku postanowił po latach przerwy pojawić się ponownie i wywołać małą burzę w szklance wody. Jaka jest jego główna cecha? Usilnie chce być pamiętany. I tak pierdoli w głowie, że dobrze byłoby jakby ludzie o tej dacie urodzin wiedzieli. Tak najlepiej sami z siebie, mimo, że nie jestem przecież nikim ważnym i osiągnięciami żadnymi nie trącę. Albo choćby żeby pamiętali dzięki przypomnieniom na facebooku. Jednak w ferworze tempa życia i obowiązków, zmian struktur rodzin i innych takich - umówmy się, jest to mało realne.

Tak więc bez sensu kompletnie ten Demonek robi zamieszanie oraz nadzieję - zarówno sobie jak i mi. Przecież rzeczywistość powinno się brać taką, jaką jest. A jak już czegoś mamy od kogoś wymagać, to warto to robić jedynie od siebie. Dobra, inaczej to podobno działa, kiedy jesteś rodzicem, bądź w przypadku relacji szef-podwładny w pracy. Na tym się jednak nie znam, więc idziemy dalej. 

Kontynuując, w te urodziny po latach wpadł włochaty Demonek. Zamieszał mi w kawie i na moment w głowie. Aż filiżanka zadrżała lekko i wycofałam się pięć kroków wstecz. Zaczęła wciągać mnie czeluść własnego mieszkania. Plan był taki, by nie wychodzić. By Demonka zdusić i dać sobie siana ze świętowaniem urodzin. Totalnie mu na złość ale i sobie wbrew. W rzeczywistości kilku wytrwałym udało się tego dnia wyciągnąć mnie na słońce. Inni dążyli do spotkań w niedziele. Czy to zaspokoiło Demonka to nie wiem, gdyż ten prysnął z domu jeszcze przed sobotnią północą. Może też pękł zaspokojony tym, że jednak Ci, których lubię i cenię, pamiętali? 

______

Za wszystkie życzenia i pamięć w tym miejscu przeogromnie dziękuję. Może tego nie widać, ale jest to wyjątkowo dla mnie ważne i piękne. Wchodzę w nowy rok życia już bez Demonka i spokojniej.

I tak kończę na dziś tę gawędę. Zawijam kiecę, nie bajdurzę dłużej, kłaniam się nisko w pas i lecę. Do tych wszystkich codziennych spraw, niedowiezionych projektów, wyrzutów sumienia i układania się z życiem.

J.

29/05/23r

Komentarze